BRAZYLIA

Brazylia to kraj, który większości osób kojarzy się z piłką nożną i karnawałem. I rzeczywiście – zamieszkują go ludzie otwarci, radośni, lubiący sport, i wspólne spędzanie czasu. Jednakże misjonarze, którzy w latach sześćdziesiątych XX wieku dotarli w tamte strony, zobaczyli również coś innego – ogromną biedę i to zarówno materialną, jak i duchową.


Saletynki trafiły tu w 1958 roku. O tym, że początki były bardzo trudne, wiemy chociażby ze wspomnień s. Michaliny. I dziś nie jest łatwo, bo kraj wciąż boryka się z problemami ekonomicznymi. Siostry starają się pomagać ubogim i potrzebującym, najlepiej jak potrafią. Pracują w szkołach, ucząc religii, przebywając z dziećmi i młodzieżą. Organizują im wolny czas i pomagają wzrastać w wierze.

Pracują także w zakrystii i biurze parafialnym, zajmują się oprawą liturgiczną, są szafarkami Komunii Świętej. Odwiedzają chorych i samotnych. Wszystkich starają się przyprowadzać do Jezusa.


Brazylia z misyjnych wspomnień s. Michaliny

s. Michalina

Pierwsze siostry saletynki przyjechały (a raczej – przypłynęły) do Brazylii w 1958 roku. Było ich trzy. Zostały zaproszone przez księży saletynów, którzy już wtedy, na przedmieściach Uniāo da Vitória, 250 km od Curitiby – stolicy jednego ze stanów Brazylii – mieli swój dom.

Brazylijska parafia była wówczas wielkości dzisiejszej diecezji. Znajdował się tam jeden kościół oraz kilka kaplic. W kościele Msze św. były odprawiane codziennie, natomiast w kaplicach – raz w miesiącu. Tak więc ludzie, którzy mieszkali w dużych odległościach od kościoła, uczestniczyli w Eucharystii tylko wtedy, gdy była ona sprawowana w ich kaplicy. Księża dojeżdżali tam konno, co wcale nie było łatwe. Teren w niejednym miejscu był bardzo stromy. Poza tym księża zawsze nosili sutanny, które utrudniały konną jazdę i ciągle się targały.

Początkowo siostry zamieszkały u księży, wykonując domowe posługi dla nich: prały, gotowały, pracowały w polu. Do ich obowiązków należało również dbanie o kościół, jego wystrój oraz praca w zakrystii. Siostry służyły również jako pielęgniarki i nauczycielki. Później księża pomogli siostrom wybudować duży drewniany dom. Nie było to sprawą prostą, gdyż jedynymi dostępnymi narzędziami w tamtych czasach były: motyka, siekiera i łopata, a teren, na którym wznoszono budowle, porośnięty był całkowicie sitowiem.

Po pięciu latach siostra Marta, przełożona tamtejszej wspólnoty, ciężko zachorowała i potrzebna była pomoc z zagranicy. Wyznaczono mnie. Ponieważ z Francji razem ze mną udawała się tam również matka generalna, więc podróż odbyłyśmy samolotem, co na tamte czasy było niezwykle ekstrawaganckie! Mój pobyt w Brazylii rozpoczęłam 7 stycznia 1963 roku.

Siostra Marta szybko wyzdrowiała, ku ogromnemu zdziwieniu, a zarazem radości jej lekarza. Właściwie mogłam wracać do Francji, ale – dziwnym zbiegiem okoliczności – Brazylijczycy, zwykle niechętni obcokrajowcom, mnie od razu wbili do paszportu „pobyt stały”, zamiast przepisowej wizy turystycznej. No więc – zostałam… Na dziewięć lat!

Życie w Brazylii w tamtych czasach było bardzo trudne. Myślę, że początki każdej placówki misyjnej są niezwykle ciężkie i wymagają od misjonarza prawdziwego poświęcenia. Tak naprawdę – jeśli nie potrafi się żyć dla Boga, Jemu całkowicie zawierzyć, to nie można przetrwać na misji. Tylko miłość do Boga jest w stanie pokonać wszelkie trudności.

Byłyśmy bardzo ubogie. Żywiłyśmy się zwykle własnoręcznie upieczonym chlebem z miodem lub polentą (mąką kukurydzianą ugotowaną z wodą), czasem ryżem. Owoce rzadko gościły na naszym stole. Pamiętam, że było to ogromne umartwienie – iść do pracy w polu, w skwarny dzień, mijając sady drzew pełnych soczystych owoców… Cóż zrobić? Te owoce nie były nasze…

W polu uprawiałyśmy głównie kukurydzę, a miałyśmy do dyspozycji tylko motykę. Z tą pracą też było sporo problemów. Pole znajdowało się ponad dwa kilometry od domu. Nie dało się go pilnować, mogły więc na nim swobodnie grasować zwierzęta i… ludzie. Nasza ciężka praca przynosiła więc niezbyt duże efekty.

Mnóstwo czasu zajmowało nam pranie. Oczywiście nie posiadałyśmy żadnej pralki. Zresztą nikt w tamtych czasach nie widział takiej maszyny na oczy. Przecież nawet nie mieliśmy elektryki! Pierwszą elektrownię w tamtych stronach wybudowano dopiero po moim wyjeździe. Prałyśmy więc przeważnie w zimnej wodzie. Odzież należało namydlić, porządnie wyszorować, mydło spłukać, po czym rzeczy rozkładało się na trawie, aby słońce je wybieliło (i przy okazji wypłoszyło wszystkie pchły!) Następnie znowu się mydliło, płukało i rozwieszało na sznurku. Oczywiście i tutaj nie obeszło się bez utrudnień. Sznurek był rozwieszony pomiędzy dwoma palami, które wbito w bardzo dużej odległości jeden od drugiego. Naturalnie miejsce na suszenie bielizny znajdowało się w szczerym polu, na czarnej, świeżo zaoranej ziemi, dokąd trzeba było iść ponad 30 metrów z mokrym, ociekającym wodą praniem. Pod tym ciężarem sznurek bardzo się obniżał, więc musiałam podpierać go w kilku miejscach gałęziami. Wystarczyło jednak, by zerwał się wiatr, a całe pranie spadało na tę czarną ziemię i trzeba je było prać od nowa.

A skąd brałyśmy mydło do prania? Oczywiście nie kupowało się go w sklepie – jak dziś… W Brazylii było wiele dzikich zwierząt, które cierpiały na skutek głodu i często zdychały. Zbierałyśmy tę padlinę, ściągały z niej skórę, a następnie gotowały w wodzie z dodatkiem sody i odstawiałyśmy do wystudzenia. Na drugi dzień można było otrzymaną bryłę mydła pokroić na mniejsze kawałki.

Prasowanie też nie było lekkim zajęciem. Żelazko wyglądało wtedy zupełnie inaczej niż teraz. Przede wszystkim potrzebny był węgiel (posiadałyśmy tylko drzewny). Należało go rozpalić, a potem – taki tlący się – włożyć do żelazka. Jeśli żelazo się rozgrzało do odpowiedniej temperatury, można nim było prasować. Ale nie zawsze się rozgrzewało…

Kolejnym, ogromnym naszym udręczeniem były pchły. Okropnie gryzły! Właściwie były wszędzie: w domu, w kościele, w brudnej bieliźnie. Gdy szłyśmy do kościoła, zawsze świeżo umyte, w czyściutkich ubraniach, wydawało się nam, że – przynajmniej przez jakiś czas – możemy odpocząć od tych nieodstępnych stworzonek. Niestety, ubodzy ludzie, którzy przychodzili na niedzielną Eucharystię, przynosili na sobie takie mnogości tych insektów, że nie sposób było uniknąć kontaktu z nimi. Byłyśmy ciągle pogryzione.

W tych ciężkich warunkach, poza pracą trzeba się było również zająć formacją młodych dziewcząt, które się do nas zgłaszały. Panienki te były w wieku szkolnym. Przeważnie jednak nie stać je było na naukę, pochodziły z bardzo ubogich rodzin. Przychodziły do nas nawet bez butów, tylko w tym, co miały na sobie. My musiałyśmy łożyć na ich utrzymanie, szkołę, ubrania… Musiałyśmy zapewnić im wszystko, co potrzebne do życia. Kosztowało nas to wiele wyrzeczeń. Niestety, bardzo często okazywało się, że te panienki, po ukończeniu szkół i „dojściu do czegoś” w życiu – opuszczały nas. Podczas mojej obecności w Brazylii, pięć zakonnic po ślubach wieczystych miało pod opieką 13 dziewcząt kandydujących do naszego zgromadzenia.

Z Brazylii wróciłam do Francji w 1972 roku, po ponad dziewięciu latach spędzonych na misjach. Mimo niezwykle trudnych warunków, bardzo lubiłam ten kraj i mogłabym w nim zostać dłużej. Jednak wola Boża była inna: skoro Pan Bóg chciał, abym była we Francji, to pojechałam do Francji. On wie najlepiej i za wszystko niech Mu będą dzięki!

s. Michalina